sobota, 29 października 2016

Aktualna dieta + Rady jak ułożyć swoją idealną dietę

Hej!
Ponieważ na moim blogu i instagramie, najwięcej pytań pojawia się w temacie mojej diety, dziś właśnie o tym post :) A żeby był trochę bardziej przydatny, napiszę też kilka rad, które myślę, że mogą pomóc wielu osobom w ułożeniu idealnej dla siebie diety :)


Układając dietę, przede wszystkim powinniśmy zacząć od ustalenia, ile kilokalorii powinniśmy spożywać zgodnie z naszym założonym celem sylwetkowym (masa/redukcja/rekompozycja).
Można to zrobić według wzoru - KLIK lub jeśli wcześniej już liczyliśmy kalorie i wiemy, jak nasz organizm na daną ilość reagował, to według tego ustalać dalsze cele. Jednak kalorie to może zbyt ogólnie powiedziane, bo bardzo ważny jest też rozkład makroskładników diety. Ja do ustalenia rozkładu białek, tłuszczów i węglowodanów, polecam albo użycie aplikacji do liczenia kalorii, która nam procentowo wskaże ile czego powinniśmy jeść, albo celowanie w ilości według wzoru, że:
-białko jemy w ilości od 1,5 do 2,5 g na kg masy ciała (na redukcji może to stopniowo trochę wzrastać)
-tłuszcze od 1 do 2 g na kg masy ciała
-węglowodany w takiej ilości, by dobić do odpowiedniej ilości kalorii.
Jednak są to ilości bardzo uśrednione i często w zależności od wybranej diety, mogą się diametralnie różnić.
Na przykład osoby będące na ketozie, diecie tłuszczowej lub diecie wysokowęglowodanowej będą miały rozkład za pewne skrajnie różny.

Ja kończyłam redukcję na około 1700 kcal i wtedy zaczęłam stopniowo zwiększać ilość kalorii w diecie.
Aktualnie dodaję po około 70-80 kcal tygodniowo, najwięcej doszło węglowodanów i tłuszczów.
Aktualnie rozkład mojej diety wygląda następująco:
około 2300 kcal; 130 g białka, 240 gram węglowodanów, 90 gram tłuszczów + WARZYWA
a w dni nietreningowe jest około 150 kcal mniej, jako że odpadają mi wtedy węglowodany,
które spożywam w czasie treningu. Warzywa zaznaczyłam oddzielnie, jako że kompletnie żadnych nie wliczam teraz w bilans kaloryczny (oprócz strączkowych, ale ich w ogóle nie jem).
Ale myślę, że dziennie wychodzi z nich około 100 kcal - no chyba, że jem buraczki, które uwielbiam,
wtedy na pewno tych kalorii jest więcej.

Jeśli chodzi o to CO i JAK jem. Tutaj chciałabym Wam pokazać, że dieta to wcale nie musi być jedzenie
5 idealnie równych posiłków w ciągu dnia. Kiedyś gdy tak próbowałam to dosłownie czułam, że to męczarnia,  bo porcje były małe a rygor jedzenia co 2,5 godziny nie do wytrzymania. Już tak mam, że wolę jeść rzadziej, a dużo większe porcje, po których naprawdę jestem syta i zadowolona.
Muszę się też przyznać, że od zawsze mam tak, ze głodna jestem tylko wtedy, gdy mam czas myśleć o jedzeniu i zjeść coś na spokojnie i jest to wieczór. Dodatkowo, zawsze po treningu mam apetyt jak wilk, jestem wymęczona i muszę dobrze zjeść. A że trenuję wieczorami, to wszystko tak się składa, że na noc jem najwięcej. Dzięki temu rano nie budzę się śmiertelnie głodna, mam siłę już samego wstania no i w nocy po dużej ilości węglowodanów śpię jak dziecko i nie budzę się z burczeniem w brzuchu :)
Mówię o tym, bo kiedyś bardzo unikałam jedzenia na noc ''bo przecież w nocy człowiek nie spala'' i miałam straszne problemy z zasypianiem, w nocy budziłam się po kilka razy, a rano byłam zmęczona i dosłownie nie byłam w stanie nic zrobić, dopóki nie wyjadłam pół lodówki.

Dlatego, jeśli też macie taki problem, że w ciągu dnia nie macie czasu jeść tyle, ile chcecie, i w ogóle przez ciągłe zalatanie nie możecie sobie pozwolić na duże, regularne posiłki, a rano po prostu aptetyt nie dopisuje na duże porcje - pamiętajcie, że czasami nie ma co się zmuszać. Jedzenie ma nam dawać komfort, energię,
a nie uczucie pełności, problemy z trawieniem i senność.

Ja w tygodniu wstaję bardzo wcześnie rano i o tej godzinie nie mam ochoty na duże objętościowo dania.
Dlatego energię lubię sobie dostarczyć wtedy z dużej ilości tłuszczów, najczęściej w postaci jajek na tłustym mięsie np. boczek. Do tego warzywa, które powinny być podstawą diety i moje śniadanie jest gotowe.
Warzywa, czyli błonnik, duża ilość tłuszczów i duża ilość białka gwarantują nam uczucie sytości (a nie przejedzenia!) na bardzo długo a mi właśnie to jest z rana najbardziej potrzebne. Tłuszcze nie zajmują też dużej objętości, więc gdy zaraz po śniadaniu muszę biec na pociąg, nie mam problemów z bólem brzucha, co kiedyś miałam po np. owsiance z rana :)

W ciągu dnia zazwyczaj jem sporo owoców z dodatkiem oczywiście zdrowych tłuszczów, bo bez nich posiłek wydaje mi się w ogóle nie sycący. Do tego jakieś źródło białka, najczęściej moja ulubiona odżywka, i znów jestem syta na długo.
Przed treningiem jem zwykle pełny obiad , bo nie wyobrażam sobie robienia treningu na głodnego.
Zazwyczaj po obiedzie odczekuję około godziny do treningu :)

No i po treningu zaczyna się ''uczta''. Wtedy po całym ciężkim dniu, ciężkim treningu, mogę spokojnie usiąść, otworzyć gazetę albo włączyć filmiki na youtube i spokojnie, z ogromnym potreningowym aptetytem, delektować się największym, chyba też najsmaczniejszym, posiłkiem w ciągu dnia.
Właśnie wtedy najbardziej chce mi się jeść, potrafię zjeść naprawdę dużo objętościowo i później z uczuciem sytości położyć się spać. Kiedy chodzę spać całkowicie najedzona i kiedy w ciągu dnia nie muszę się martwić, że będę cały dzień głodna, bo nie mam kiedy coś dobrego zjeść na spokojnie, to mam wrażenie jakbym codziennie miałam ''cheat day'' :) Bo po prostu codziennie mam całkowicie spokojną psychikę, codziennie jestem w pełni najedzona (nawet na redukcji)!, jem duże i smaczne posiłki, tak, jak lubię, 
wiem, że wieczorem do filmu mam co jeść i nie muszę się martwić, że inni będą jedli czekoladki, a ja będę głodna. Bo wtedy ja jem swoje jedzonko, które dla mnie jest jeszcze lepsze! A nie muszę tego w ciągu dnia wpychać w siebie, kiedy kompletnie nie mam ochoty i czasu jeść jakiś super pysznych i dużych posiłków.
W ciągu dnia jem oczywiście też, no ale najwięcej jednak na wieczór :) I tak się czuję najlepiej.



Dajcie znać, czy wpis Wam się przyda! :)

 
e-mail: natalianalepa@o2.pl
 
Pozdrawiam, 
Natalia <3




sobota, 22 października 2016

Aeroby: TAK CZY NIE? Dlaczego nie robię aerobów?

Często dostaję pytania, czy jakaś forma aerobów w ogóle gości w moim planie treningowym.
A jak odpowiadam, że nie i nigdy nie gościła (ani na masie, ani na redukcji!) to dostaję kolejne pytania: JAK TO? Nie robisz w ogóle bieżni? Nie jeździsz na rowerku?
Dziś właśnie o tym :) Zapraszam!


Szczerze? Jak słyszę że bez aerobów nie da się zrobić redukcji, formy i niektórzy robią je dwa razy dziennie, najlepiej po 2 godzin, bo inaczej nic z tego nie będzie, to dosłownie coś mnie trafia.
Ja jakoś zredukowałam i w życiu nie zrobiłam ani jednych aerobów.

Dla niewtajemniczonych - aeroby to sesja, zazwyczaj 45-60 minutowa, na dowolnej maszynie aerobowej (bieżnia, orbitrek, rowerek/wioślarz/schody/stepper) lub po prostu bieg, kiedy wykonujemy to w dość spokojnym tempie a głównie chodzi o to, że ma być ona długa.
Po rzekomo po dopiero około 30 minutach ''włącza się'' spalanie tłuszczu.

I często widzimy, jak ludzie na siłowni zasypiają już na swoich maszynach w czasie tych sesji treningowych i właśnie najchętniej przychodzą na nie codziennie, bo przecież im częściej tym lepiej.

Jak dla mnie jest to ogromna bzdura. Nie neguję całkowicie aerobów, bo dla niektórych mogą być one wręcz zbawienne. Na przykład dla osób z dużą nadwagą, osób starszych z chorym sercem, czy nawet dla ludzi którzy mają pracę siedzącą i chcą się po prostu poruszać.
Jednak taki godzinny trening chodzenia po bieżni z prędkością 3 km/h (co by się nie zmęczyć i mieć pewność, że wytrzyma się całe 60 minut na tej bieżni) dla osób zdrowych, które mają kondycję chociaż trochę lepszą od zerowej, według mnie nie jest najlepszym rozwiązaniem.

Przede wszystkim - godzina na bieżni/rowerku/orbitreku, przynajmniej dla mnie, nie brzmi zachęcająco ani ciekawie. Uważam i nigdy nie zmienię swojego zdania, że jeśli ktoś idzie na siłownię żeby przez godzinę pojeździć na rowerku, to nie ma po co tam iść. O niebo lepiej i zdrowiej wyjdzie dla niego iść na spacer, wziąć ze sobą znajomego albo zabrać na spacer psa.
A jak nie mieszka taka osoba w mieście to jeszcze się dotleni świeżym powietrzem i będzie miała okazję do obcowania z naturą, co każdy lekarz poleca.
Nawet zimą można chodzić na spacery! Wtedy też ważne jest dotlenienie, łapanie promieni słonecznych czy nawet najbanalniejsze: oglądanie krajobrazu zimowego.

Poza tym, kto teraz ma tyle czasu żeby móc poświęcić bieżni 60 minut? No a jeszcze ponoć najlepiej dwa razy dziennie tak robić. Pamiętajmy, że aeroby nie spalają bardzo dużej ilości kalorii.
Ja oczywiście jestem zwolenniczką treningu siłowego i to właśnie do niego będę zachęcać, gdyż właśnie trening siłowy spala ogromne ilości kalorii, a dodatkowo oczywiście (w połączeniu z dietą, która zawsze jest konieczna) rzeźbi pięknie naszą sylwetkę, wzmacnia i buduje mięśnie.
A im więcej tkanki mięśniowej mamy, tym więcej kalorii (więcej jedzenia!) musimy sobie dostarczać, by utrzymywać wagę.
Tak więc, jeśli miałabym wybierać między 60 minutowymi aerobami na bieżni, a 60 minutowym treningiem siłowym...wybór dla mnie jest prosty :)

Jednak oczywiście aeroby też mają swoje plusy! Można w dużym skrócie powiedzieć, że zastępują nam aktywność wykonywaną w ciągu dnia, więc osoby które w ciągu dnia nic nie robią, zamiast obcinać kalorie z diety, wolą często dołożyć aerobów.

ALE! Dla zdrowia ani formy niczym dobrym nie jest robienie takiego typu treningu, ani w ogóle żadnego typu treningu (chyba że mówimy o bardzo specyficznych sportach i zawodowych sportowcach) przez 2 godziny po dwa razy dziennie. To zdecydowanie nie pomoże nam schudnąć, ani ''uzyskać płaski brzuch'' jak wiele kobiet niestety myśli. A jedynie sprawi, że będziemy podupadać na zdrowiu, będziemy cały czas przemęczeni i pewnie nasza szkoła/praca będzie bardzo zaniedbana bo przecież trzeba zrobić trening...

Ja jak mówiłam, jestem zdecydowanie zwolenniczką treningów siłowych, na przykład w połączeniu z treningami o charakterze interwałowym. Takie interwały wykonuję po każdym treningu siłowym przez około 10-12 minut i jest to moja jedyna forma treningu na orbitreku/bieżni, choć często wykonuję je też po prostu bez sprzętu i kombinując z ćwiczeniami :)
Dlaczego nie robię aerobów? Bo po co!
Kocham trening siłowy, nie lubię się nudzić na treningu, nie mam czasu na pedałowanie na rowerku przez 60 minut, mam efekty treningów bez tego, wolę treningi krótkie, ale intensywne i dające mi naprawdę ''w kość'' (a właściwie w mięśnie), jestem aktywna w ciągu dnia, dużo chodzę...
Mogę tak wymieniać i wymieniać :)
Zamiast iść na ten rowerek/bieżnie na 60 minut, naprawdę wystarcza mi że już z samego rana przechodzę kilka kilometrów pomiędzy domem-stacją, dworcem-szkołą i tak dalej.
Bo największą bzdurą jest według mnie, gdy ktoś wszędzie najlepiej pod drzwi same, dojeżdża tramwajem, a wieczorem idzie na siłownię pochodzić po bieżni.

ALE! Jeszcze raz podkreślam - są osoby, dla których aeroby są wskazane.
Tak samo, jeśli są osoby, które lubią aeroby - przecież o to chodzi, żeby robić to co się lubi i co sprawia nam frajdę!
Ja jednak chcę tylko pokazać, że nie jest to jedyna droga, są inne (może skuteczniejsze, może nie).
Ważne przecież, żeby odnaleźć swoją! :)



A Wy lubicie taki typ treningu? :)

 
e-mail: natalianalepa@o2.pl
 
Pozdrawiam, 
Natalia <3



niedziela, 16 października 2016

Ulubione kosmetyki do twarzy! Do codziennego makijażu

Tradycyjnie, czuję się dość nieswojo, publikując tutaj wpis z ''niesportowym'' temacie, ale przecież na swoim blogu mogę dodawać wszystko :)
Dlatego dziś wpis zgodnie z Waszymi prośbami, o kosmetykach, jakie używam na co dzień.
Jeśli jesteście zainteresowane, zapraszam!


Przyznam się od razu, że niestety nie jestem znawczynią kosmetyków, ich składów, właściwości.
Dopiero stosunkowo niedawno zaczęłam zwracać uwagę na składy kosmetyków do pielęgnacji skóry twarzy i myślę, że wyszło mi to na dobre. Dlatego mogę polecić Wam dwa produkty, których teraz cały czas używam i które poleciła mi pani kosmetolog.


Kremów z firmy Sylveco używam już od dość dawna, ten pomarańczowy jednak to mój ulubieniec :)
Stosuję go codziennie rano. Wieczorami zaś używam 100% olejku arganowego.
Jeszcze niedawno używałam oleju kokosowego, jednak dowiedziałam się, że może być mocno za ciężki dla mojej skóry i właśnie arganowy będzie dużo lepszy. I faktycznie, nie zapycha, a mocno nawilża i skóra jest po nim przyjemnie gładka :) Nakładam go zawsze na noc i zawsze po zmyciu makijażu w ciągu dnia.

To zdjęcie, które widzicie niżej, już kiedyś na bloga wstawiałam. Jednak od tego chyba roku dosłownie nic tutaj się nie zmieniło i dalej używam tych samych produktów :)


Podkład z firmy Mac jest idealny na większe wyjścia. Wygląda na skórze rewelacyjnie, jedynym minusem jest niestety mała wydajność przy jego cenie, dlatego nie używam go na co dzień :)
Na co dzień z resztą w ogóle rezygnuję najczęściej z podkładu i wybieram jedynie ten pudro-podkład Mac Studio Fix, bo jego krycie jest naprawdę wystarczające dla mnie no i pędzlem nakładam go kilka sekund :)
Korektor Mac Pro Longwear - jedno opakowanie mam już 1,5 roku przy prawie codziennym użytkowaniu go! Obowiązkowo pokrywam nim dołki pod oczami (niestety, mam tam tak cienką skórę, że przebija mi kolor fioletowy, czego wręcz nie znoszę więc to zakrywam:).
Korektor zawsze pociągam też pudrem, tym który także widzicie powyżej. Trzyma się wtedy w stanie nienaruszonym cały dzień :) Puder ten świetnie utrwala też podkład.

Na co dzień zazwyczaj mocniej podkreślam oczy, bo tak czuję się najlepiej.
Moje dwa ulubione tusze pokazuję na zdjęciu poniżej.
Do tego obowiązkowo ulubiony eye-liner, który na promocji kosztuje naprawdę grosze, a lepszego jeszcze nie znalazłam niż z tej firmy :) Ani w lepszej cenie!


Na co dzień bardzo lubię używać też delikatnych, rozświetlających cieni. Moje ulubione to odcienie bieli, beże, róże, brązy i złoto. Ostatnio najczęściej używam paletki Sleek Au Naturel i dwóch cieni, które poniżej zaznaczyłam gwiazdkami. Bielą zawsze najmocniej akcentuję wewnętrzny kącik oka i miejsce pod łukiem brwiowym, a mieniące się złoto nakładam na całą powiekę.
Dolną powiekę podkreślam jedynie w zewnętrznym kąciku ciemnym brązem.


Muszę pokazać Wam też dwa lakiery, które ostatnio absolutnie u mnie rządzą :) Może nie pasują do tematu kosmetyków do twarzy, ale jeśli nie teraz, to pewnie w ogóle bym ich nie pokazała.


Uwielbiam nieoczywiste kolory na paznokciach. Dlatego ten metaliczny granat z Miss Sporty,
który na dodatek kosztuje około 6 zł, absolutnie mnie rozkochał w sobie :) W ogóle lakiery z tej firmy, jak na tak niską cenę, są według mnie najlepsze :)
Lakier po prawej stronie to moje ostatnie odkrycie. Srebro na paznokciach - bajka :) Ale jeszcze go testuję :)




A jacy są Wasi ulubieńcy makijażowi? :)



 
e-mail: natalianalepa@o2.pl
 
Pozdrawiam, 
Natalia <3

środa, 12 października 2016

Health Box: Październik!

Hej!
Dziś mam dla Was wpis z kolejnym pudełeczkiem od Health Box :) Przyznam, że jak zawsze emocje były ogromne, co to tym razem przyjdzie. A jak już dostałam paczkę to dosłownie w kilka sekund ją otworzyłam :) Co było w środku? Zapraszam na wpis!

Co to w ogóle jest ten Health Box i jak wyglądała jego wcześniejsza edycja, którą dostałam?
Przeczytacie o tym - TUTAJ :)


Tym razem paczka wydała mi się jeszcze bardziej bogata niż ostatnio.
Tylko zobaczcie ile pyszności w niej :)


Tego produktu byłam najbardziej ciekawa. Oczywiście, najlepszy jest hummus robiony w domu,
ale słyszałam że te z Primaviki też dają radę! Niestety, ja wprost nie znoszę suszonych pomidorów, więc mi nie podpasował, ale dla wszystkich wielbicieli tego ''wegańskiego pasztetu'' myślę, że będzie super :) Skład nie jest idealny, ale źle stosunkowo też nie jest :)


Te soki z CHIA to był mój hit już jakiś czas temu i bardzo się cieszę, że znów mam okazję się z takim spotkać :) Więcej o nich przeczytacie - TUTAJ :)
Nie znam też osoby, której by nie posmakowały.


Płatki 6 zbóż - pomysł dobry, ale niestety zawierają płatki pszenne, a pszenicy unikam w diecie.
Podobnie więc z kaszą bulgur (którą akurat w smaku bardzo lubię).


Daktyle, czyli moja miłość :) Suszone możemy zabrać ze sobą WSZĘDZIE i są super przekąską
w trakcie lub po ciężkim treningu, gdyż zawierają dużą ilość cukrów prostych, które szybko dodają nam energii :) A w smaku są lepsze niż jakiekolwiek cukierki!


Owoce goji to jeden z bardziej znanych SUPERFOODS. I się nie dziwię, bo po pierwsze są bardzo bardzo zdrowe, a po drugie - możemy je wykorzystać jako dodatek to chyba wszystkiego.
Ja dziś dodałam je do domowej czekolady :)


Chipsy z marchewek - świetna alternatywna dla zwykłych, niezdrowych chipsów.
Idealne i dla dzieci, i dla większych łakomczuchów :) W smaku jednak przeciętne mocno.

Oprócz tego były jeszcze dwa kubki warzyw, które ostatnio Wam pokazywałam i które szczerze bardzo lubię sobie podjeść, gdy łapie mnie nagły głód :)



Więcej o Health Box możecie przeczytać na stronie producenta: http://health-box.pl/




Co myślicie o zawartości tego pudełka? :)

 
e-mail: natalianalepa@o2.pl
 
Pozdrawiam, 
Natalia <3

poniedziałek, 10 października 2016

Fotorelacja: WARSZAWA, FIWE, JEDZENIE

Od ostatniego wpisu trochę minęło, ale mam coś na swoje usprawiedliwienie!
A tym czymś jest wyjazd do Warszawy na targi sportowe FIWE, o czym mówiłam już na swoim instagramie, to na pewno wiecie, że w piątek o 6 rano już byłam w drodze do stolicy :)
A ponieważ było dużo próśb o podsumowanie wyjazdu, dziś właśnie taki wpis!
Mam nadzieję, że taki luźny wpis z relacją z całego wyjazdu, Wam się spodoba :)


W piątek, wraz z moją przyjaciółką, wybrałyśmy się w naszą chyba pierwszą podróż całkowicie same na taką odległość. Jazda pociągiem, łącznie 5,5 godziny, nie była taka nudna - podstawa to dobry kompan do podróży! Następnym razem jednak już jedziemy samochodem haha :)


Mieszkanie miałyśmy kilka kilometrów od centrum i naprawdę komunikacja była super, więc wszędzie spokojnie mogłyśmy dojechać. No i za mieszkanie nic nie płaciłyśmy - Marysia ma przewspaniałego kuzyna, który na cały weekend oddał nam swoje mieszkanie w nowej, strzeżonej dzielnicy i powiedział tylko, żeby jak wróci w poniedziałek, to coś z tego mieszkania zostało :)
Ogólnie Marysia była od logistyki, a ja od jedzenia. Nie wiem, jak ona to robiła, ale choć była w Warszawie ostatnio 10 lat temu, to dosłownie wszystko potrafiła znaleźć, a plan tramwajów znała chyba na pamięć. Po przyjeździe w mieszkaniu siedziałyśmy dosłownie kilka chwil i pojechałyśmy na trening z...sami zobaczcie! :)
Nie mogę powiedzieć, że było świetnie, bo to za mało...tego dnia nie da się opisać!


Po treningu pojechałyśmy zwiedzać trochę centrum. Oczywiście obydwie się zakochałyśmy :)
Pomimo, że nie było zbyt ciepło, kropił deszcz, to nic nie zepsuło naszych humorów! :)


Jednak strój musiał się zgadzać, bo ciepło zdecydowanie nie było.


Ponieważ w czasie dnia trochę niedojadałyśmy, dość późno wieczorem pozwoliłyśmy sobie na coś dobrego :) Z polecenia, wybrałyśmy się do Barn Burger. Tutaj byłyśmy zgodne do wyboru miejscówki, bo kto nie lubi dobrych burgerów?! Ja miałam burger ''Sekret Zdzicha''. Przyznam,
że cena niższa niż w burgerowniach we Wrocławiu, a ilość ludzi...ogromna, a to już chyba pokazuje,
że tam można dobrze pojeść :) I naprawdę...BYŁO PRZEPYSZNIE! Tylko bułka mi nie pasowała, bo szybko straciła kształt i ciężko było jeść.


W sobotę zaś już o 11 pojechałyśmy na FIWE. Chodziłyśmy tam do 15, później na chwilę do mieszkania i o 16 już byłyśmy znowu i to do samego zakończenia.
Ale oczywiście przed wyjściem - zdrowe śniadanko!


Ogólne wrażenia - miliard ludzi, przy najbardziej obleganych stoiskach nie dało się wcisnąć szpilki, ale też mnóstwo znanych i lubianych osób, cudowna atmosfera i mnóstwo motywacji na pewno.
No i pyszne próbki (niektóre!). Zjadłyśmy tyle suszonej wołowiny i batoników proteinowych że oprócz śniadania do 20 praktycznie nic innego nie zjadłyśmy (tak, niestety nie dojadałyśmy kalorii).
Trochę zdjęć zrobiłyśmy, więc wstawiam je poniżej :)) Zgodnie stwierdziłyśmy, że najbardziej podoba nam się stoisko Warszawskich Koksów, a najmniej stoiska z rozebranymi dziewczynami
(nie tak powinno się promować dobre produkty, ale to nasze zdanie).


W sobotę po targach byłyśmy w Złotych Tarasach i poszłyśmy na ''kolację''
 do OM NOM NOM SUSHITO. Ja nienawidzę sushi, więc zjadłam tylko sernik oreo.
I muszę przyznać, że była to jedna z najlepszych rzeczy, jakie w życiu jadłam!
Marysia to samo mówiła o swoim Sushito z łososiem.


Do domu wróciłyśmy późno, bo jeszcze długo spacerowałyśmy, a w niedzielę trzeba było wstać o 6:20, żeby posprzątać mieszkanie i jeszcze pojechać na targi na 9, bo o 10:30 już musiałyśmy wychodzić, żeby zdążyć na pociąg. Powroty niestety są jak zawsze bardzo smutne.
Ale na osłodę...oczywiście wpadły głupie zdjęcia!


 Podsumowując wyjazd - wyśmiałam się za wszystkie czasy, cały czas boli mnie brzuch z tego śmiechu :) Było super! I już się nie mogę doczekać następnego razu :)





Dajcie znać, co myślicie o takiej fotorelacji! :)


 
e-mail: natalianalepa@o2.pl
Pozdrawiam, 
Natalia <3

sobota, 1 października 2016

Robi Ci się nie dobrze w czasie treningu? - Jak temu zaradzić!

Hej!
Dziś mam dla Was wpis na bardzo, tak mi się przynajmniej wydaje, życiowy temat.
Niestety częstym problemem wśród osób ciężko ćwiczących, jest uczucie dyskomfortu ze strony układu trawiennego podczas mocnych treningów, częste odbijanie się, wracanie treści pokarmowych do gardła, chęć zwymiotowania, uczucie typu ''niedobrze mi!''.
Dlatego dzisiejszy wpis będzie o tym, z czego to może wynikać i jak sobie z tym poradzić!
Zapraszam :)



Na co należy zwrócić uwagę przede wszystkim?

Żywienie okołotreningowe - posiłek przed treningiem jest niesamowicie ważny. Istotne jest zarówno to, co zjemy wtedy jak i to, ile czasu dzieli go od treningu. Niektórzy najlepiej czują się jedząc posiłek na 2 godziny przed treningiem, inni mogą sobie na pełny posiłek pozwolić 30 minut przed treningiem. Jeśli chodzi o to, co sama na sobie zbadałam, to wiem, że najlepiej mi zaczynać trening około godziny po pełnym posiłku. Po dwóch godzinach już byłabym trochę głodna, natomiast przerwa rzędu 30 minut to dla mnie zdecydowanie za mało, na treningu czuję wtedy jeszcze przelewanie w brzuchu, ciężkość, łapią mnie kolki, nie mam tyle energii.
Tak samo istotne jest to, CO zjemy - duża część osób rezygnuje z węglowodanów złożonych jedzonych przed treningiem, gdyż odczuwają po ich zjedzeniu ciężkość w brzuchu. Wtedy ich posiłek składa się z białka i tłuszczów. Przyznam, że gdy zdarza mi się ćwiczyć po śniadaniu, to też nie jem wtedy węglowodanów. Jednak zazwyczaj trenuję wieczorami i wtedy przed treningiem jem pełny posiłek składający się zarówno z węglowodanów, białka i tłuszczów.
Co do tłuszczów przed treningiem - ja akurat czuję się po nich super, ale wiem, że wiele osób ma problem z trenowaniem po zjedzeniu dużej ilości tłuszczów i skarżą się, że wywołuje to u nich apatię, kolki, ''zamulenie''. Ale to już kwestie indywidualne.
 Ważne, żeby ten posiłek nie był przesadnie duży objętościowo, bo takie ''zapchanie'' też może prowadzić do długiego uczucia dyskomfortu ze strony naszych brzuchów.
Posiłek przedtreningowy powinien być przede wszystkim dostosowany do tego, po czym czujemy się najlepiej i mamy dużo energii do ćwiczeń.

Ilość płynów w czasie treningu - podstawowym błędem jest picie ZBYT DUŻEJ ilości płynów w czasie treningu. Oczywiście jak najbardziej powinniśmy dbać o odpowiednie nawodnienie przez cały czas, ale robienie z siebie chodzącej cysterny i wlewanie przesadnej ilości wody, absolutnie nie jest dobre. W czasie treningu właśnie efektem tego może być ciągłe uczucie ociężałości, przelewanie w brzuchu. A to w żaden sposób nie wspomaga naszych ćwiczeń, jedynie pogarsza samopoczucie i zwiększa dyskomfort. Z drugiej strony, zbyt mała ilość wody, także jest wręcz szkodliwa, powoduje osłabienie i zmniejsza efektywność naszego treningu. Dla mnie idealna ilość płynów to na cały trening około 0,7 -0,8 litra, ale jest to oczywiście dość zmienne.
Co ważne, najlepiej pić małymi łykami i częściej, a nie pół butelki na raz.

Gorąc na treningu - szczególnie w czasie upałów, może powodować, że będzie nam mocno dokuczało uczucie ''niedobrze mi''. Dlatego czasami klimatyzacja na siłowni jednak nie jest wrogiem (nienawidzę klimatyzacji, zawsze później mam katar!), ale oczywiście ustawiona na temperaturę optymalną, a nie najniższą możliwą. Niestety (lub stety) lato się już skończyło, a jesienią takie problemy nie występują, ale myślę, że warto też punkt też tutaj zaznaczyć :)

Jednak normą jest, że w czasie ciężkich treningów często dokucza nam uczucie zmęczenia,
a bicie rekordów sprzyja pojawieniu się chęci zwymiotowania (w końcu często jesteśmy absolutnie na granicy naszych możliwości). I niestety czasami musimy się z tym pogodzić.

Jednak jeśli sprawdziliście na sobie wszystkie sposoby, a na treningach dalej Wam jest niedobrze, warto zainteresować się bardziej czy nie jest to spowodowane poważniejszymi problemami ze strony układu pokarmowego. Pamiętajcie, aby zawsze obserwować swój organizm!



Mam nadzieję, że wpis się przyda! :)


 
e-mail: natalianalepa@o2.pl
Pozdrawiam, 
Natalia <3