piątek, 7 sierpnia 2015

Wakacje w Grecji - CZĘŚĆ 1: Jedzenie

Jak dobrze tu wrócić! Witam Was bardzo gorąco po tej ponad tygodniowej przerwie, kiedy to urlopowałam się na Krecie. I tak jak zapowiedziałam, wracam do Was od razu z serią wpisów o moim wyjeździe.
Wpisów i uwaga...filmików na youtube! Już jutro nagrywam pierwszy, i mam nadzieję, że jeszcze w ten weekend się on pojawi! :) Będzie on mówioną wersją dzisiejszego wpisu, który dotyczy jedzenia na wyjeździe. Uprzedzam, że dziś będzie dużo smakowitych zdjęć, więc jeśli akurat jesteście głodni...to wybaczcie! :) Zaczynam od części jedzeniowej, gdyż wydaje mi się, że to ona jest najbardziej wyczekiwana:)

My miałyśmy wykupione wczasy z opcją all inclusive, więc posiłki jadłyśmy w hotelu, a także napoje i woda były w ilościach nielimitowanych (teoretycznie). Przynajmniej tak to wygląda właśnie z założenia.
Niestety w hotelu Manos Maria, w którym byłyśmy, all inclusive okazało się być najsłabszą stroną.
Bar przy basenie otwarty był od godziny 11 do 22, więc jeśli załóżmy o 10 czy 23 chciało się pić, co jest normalne w tych upałach, niestety trzeba było iść do sklepu i za własne pieniądze kupić butelkę wody.
Automatów z wodą czy kawą, niestety nie było. Co gorsze, w ciągu dnia obsługa z baru nagle gdzieś znikała więc i po 20 minut trzeba było czekać, aż ktoś się zjawi i da coś na zaspokojenie pragnienia. Raz jak już stwierdziłam po 20 minutach, że to już przesada, po prostu weszłam i tylko nalałam sobie z automatu wodę.
Akurat w tym momencie kelnerka przyszła i łagodnie mówiąc, nie była zadowolona, że ktoś wszedł za ladę;)
Niestety, kelnerki nie były zbyt sympatyczne i pomocne. Jednego razu, gdy poprosiłam o dwie kawy z mlekiem, mleka dolała tylko do jednej. Gdy poprosiłam, żeby do drugiej także dodała, usłyszałam jedynie, że mleko się skończyło - jaki był problem, żeby wziąć nowe, nie wiem.

ŚNIADANIA trwały od godziny 8 do 9:30, co jest zarówno według większości osób przebywających tam na wakacjach, jak i według mnie, o dużo za wcześnie. Nie każdy lubi się zrywać na 8 na śniadanie... Gdyby trwało choćby godzinę dłużej, więcej osób mogłoby z niego spokojnie skorzystać. Choć czy było warto...
Śniadania wyglądały praktycznie codziennie tak samo. Zawsze była jajecznica, którą ja brałam i która wyglądała całkowicie inaczej niż taka ''nasza''. W sumie byłam pewna, że to jajka z proszku, jednak przemiła Polka, która pracuje w tym hotelu na recepcji, gwarantowała, że jajka są prawdziwe, tylko kucharz inaczej ją przygotowuje. Oprócz tego jajka sadzone - mi się one kojarzyły z takimi gumowymi jajkami sadzonymi, którymi bawią się małe dziewczynki w plastikowych kuchniach ;) Nie miały smaku i wszystkie wyglądały jak od linijki. Oprócz tego kilka rodzajów słodkich rogalików i mini bułeczek oraz tradycyjny chleb z masełkiem i dżemami w kostkach, i płatki śniadaniowe z mlekiem. Z owoców jedynie plasterki pomarańczy, a z warzyw zawsze ogórki i pomidory oraz jakieś warzywa gotowane - fasolka, marcheweczki albo groszek.
Ja zawsze jadłam jajecznicę i warzywa :)






OBIAD zaczynał się o 12:30 i trwał do 14, co jak dla mnie także jest za szybko. Szczególnie, że do kolacji była po nim długa przerwa. Na obiad zawsze były frytki (niestety takie zwykłe mrożone), kilka rodzajów sałatek, surówek i zupa krem. Zupę wzięłam tylko raz, bo kiedy poszłam po dokładkę, moja kuzynka stwierdziła, że to śmierdzi, a ja znalazłam naprawdę sporą ość... Do warzyw można było wybrać wśród kilku rodzajów sosów. Mięsa w sumie żadnego nie było. Często były także pieczone ziemniaczki i zawsze, ale to zawsze był, na każdy posiłek, makaron do spaghetti, a do tego sos pomidorowy, bez mięsa i rzadki jak zupa pomidorowa...Ludzi przed głodem ratowała chyba tylko robiona tam pizza, na którą zawsze były dużo chętnych i która, razem z frytkami najszybciej schodziła. Raz trafił się przepyszny jarmuż duszony z groszkiem - przepis do powtórzenia! :) Kilka razy była też frittata, najczęściej z szynką.
Niestety, ale tam do większości dań dorzucają szynkę (niewiadomego smaku i pochodzenia) - nawet do marchewki z groszkiem. Mnie ratowały jeszcze gotowane warzywa (w większości mrożonki, takie jak jem w Polsce). Zawsze na obiedzie były też dostępne kawałki arbuza i melona.








KOLACJA od 19 do 21:30 zawsze była zdecydowanie najlepszym posiłkiem. Największy wybór dań, ale też najbardziej urozmaicona. I dobrze, bo po zjedzeniu obiadu o 13 do tej 19 wszyscy byli naprawdę głodni! I też niestety zawsze wtedy były największe kolejki, a nawet brakowało stolików w restauracji.
Oprócz warzyw, surówek, sałatek, pojawiały się pieczone ziemniaczki, kotleciki mięsne, szaszłyki, warzywa zapiekane pod czymś w rodzaju ciasta naleśnikowego, skrzydełka z kurczaka, oczywiście frytki i moi ulubieńcy...bakłażany z nadzieniem i ciasto francuskie ze szpinakiem! Jeśli na kolację była któraś z tych dwóch opcji, ja już byłam najszczęśliwsza i wszystkie inne niedobre posiłki szły w zapomnienie :D Co jak co, ale szpinak umieli tam zrobić! Szkoda, że to danie pojawiło się tylko 2 razy... Zapiekanki z bakłażanami były także w sumie może z 3 razy. Oprócz tego dużo fasolki, także tej szparagowej, która była naprawdę bardzo smaczna. Do kolacji także były owoce, te same co na obiad i słodkości w postaci różnych galaretek, puddingów i ciast ich własnego wypieku.







CHEATY... Są wakacje, są cheaty! Oprócz posiłków spożywanych w hotelu, gdzie starałam się wybierać i tak najzdrowsze opcje, wpadło kilka cheatów. Pierwszego dnia była to na podwieczorek paczka ciastek oreo (pierwszy raz jadłam i przepadłam!) i jakoś o 2 w nocy trzy kawałki pizzy na mieście.
Drugiego dnia poleciałam na całość i najpierw około 23 na mieście zjadłam lody oreo (1 gałkę), a później około 3-4 w nocy najpierw ogromnego naleśnika (robionego przy mnie, placek miał około 50 cm średnicy), z prawdziwą nutellą (duuuuużo jej) i bananem (całość po złożeniu większa była od mojej głowy) i na ''zagryzkę'' i 3 kawałki pizzy (1/4 całej pizzy, tak sprzedają). Na swoje usprawiedliwienie nic nie mam, no może oprócz głodu w czasie imprezy, szalejących hormonów przed ''tymi'' dniami i tęsknoty :D
Oprócz tego wpadło kilka koktajli w nocy na mieście, ale w sumie jak przez cały dzień jadłam 3 posiłki, ostatni do 20 był zjedzony, a wracałam i szłam spać w godzinach już raczej porannych, to raczej byłam głodna :) Ale powiem Wam szczerze, że naprawdę tęskniłam za moją czystą michą!




 Następny wpis o wyjeździe pojawi się w niedzielę! :)
Jeśli macie jakieś pytania, piszcie w komentarzach, a postaram się odpowiedzieć.


Mój instagram: www.instagram.com/fitujemy - codziennie nowe zdjęcia! 
Napisz do mnie! e-mail: natalianalepa@o2.pl - Zawsze odpisuję! :)

  Pozdrawiam, 
Natalia

13 komentarzy:

  1. Niektóre dania jak u mamy. Jak pięknie wypoczywasz - ślicznie ci z tym uśmiechem!

    OdpowiedzUsuń
  2. To są minusy all inclusive niestety, jak dla mnie strasznie krótkie przedziały na te posiłki. Jak byłam w Egipcie na allu to były dłuższe, też niestety jedzenie średnie, zamiast szynki obrzydliwa mortadela, mięso jak już było to wolałam go nie dotykać itp.. Przed głodem ratowały mnie owoce, czasami byłam w stanie zjeść same melony i arbuzy na obiad.. Na szczęście były automaty z wodą i można było się obsłużyć samemu <3 Dobrze, ze od 2 lat organizuję wakacje na własną rękę, kupujemy na lokalnych bazarkach i w sklepach, a potem piknikujemy w cudownych miejscach :) zazdroszczę wakacji, sama nie mogę doczekać się swoich !

    OdpowiedzUsuń
  3. Szczerze mówiąc od lat nie byłam na takim zorganizowanym wyjeżdzie z wyżywieniem. Ale wczesniej, gdy jeździłam w Polsce na wczasy, zawsze uwielbiałam jedzenie na stołówce:) Ciekawa jestem czy cos przytyłaś po takim obżarstwie? :) No i nie moge się doczekać Twojego pierwszego filmiku na youtube!

    OdpowiedzUsuń
  4. All inclusive niby fajne, a zawsze jest coś nie tak. Albo jest tyle jedzenia że wracamy o 5kg ciężsi albo głodujemy między posiłkami. Najlepiej by było gdyby all inclusive polegało na tym, że idziesz do restauracji kiedy chcesz i zamawiasz coś z karty.
    Choć przy takiej ilości gości, hotelowi by się to nie opłacało...

    OdpowiedzUsuń
  5. All inclusive niby fajne, a zawsze jest coś nie tak. Albo jest tyle jedzenia że wracamy o 5kg ciężsi albo głodujemy między posiłkami. Najlepiej by było gdyby all inclusive polegało na tym, że idziesz do restauracji kiedy chcesz i zamawiasz coś z karty.
    Choć przy takiej ilości gości, hotelowi by się to nie opłacało...

    OdpowiedzUsuń
  6. All inclusive niby fajne, a zawsze jest coś nie tak. Albo jest tyle jedzenia że wracamy o 5kg ciężsi albo głodujemy między posiłkami. Najlepiej by było gdyby all inclusive polegało na tym, że idziesz do restauracji kiedy chcesz i zamawiasz coś z karty.
    Choć przy takiej ilości gości, hotelowi by się to nie opłacało...

    OdpowiedzUsuń
  7. Super jedzenie :) Zwłaszcza to oreo w białej czekoladzie :P A tak serio, to ja też ostatnio na śniadanie jem albo jajecznicę, albo jajko na miękko :) Uwielbiam. Po coś te kury z nami mieszkają ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Też byłam w Grecji i też nakupowałam Oreo <3 a także np. shake snickers, mars itp :) Starbucks to tam normalnie jest w sklepach :) A co do all to się nie popisali, standard masakryczny. Nie wyobrażam sobie iść po napój i czekać 20 minut na baristę :/ Nie popisali się niestety...

    OdpowiedzUsuń
  9. Śledzę bacznie na insta, więc nic mnie nie zdziwiło - faktcznie dobrze dają jeść w tej Grecji, wszystko wygląda mega apetycznie ;) Nowy baner? ;>

    OdpowiedzUsuń
  10. Byłam kilka razy w Grecji, ale zawsze wybierałam opcję ze śniadaniem, wolałam zjeść coś na mieście :) Opcje all inclusive czasami niestety tak mają, że niby wszystko jest, a później jest problem. Ale patrząc na zdjęcia można na kilka rzeczy przymknąć oko, najważniejsza jest dobra zabawa i piękne wspomnienia! :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Piękne zdjęcia :) Świetny blog!
    Pozdrawiam i zapraszam do mnie: www.tropikalnakuchnia.blogsot.com

    OdpowiedzUsuń
  12. Greckie jedzenie - pycha :D. brakuje mi tu tylko jogurtu greckiego :).

    OdpowiedzUsuń